sobota, 28 lutego 2009

Piasek, byki i kowboje





Po pieciu dniach podrozy przez australijskie pustkowia z piaskiem zgrzytajacym pomiedzy zebami, gdzie powietrze bylo tak gorace, ze wystawiajac glowy przez okno, mielismy wrazenie ze zagladamy do rozgrzanego piekarnika, prysznic byl luksusem, a stacje benzynowe posrodku NICZEGO wygladaly jak na filmach, w ktorych rzadza pewne siebie wiekowe kobiety, ktore tylko z wygladu przypominaja plec piekna, bo jakby trzeba bylo, to zapewne bez wahania podeszly by do stolu, przy ktorym siedzi 10 podchmielonych stukilowych kierowcow, walnely piescia w stol i zaklely: "jak tak dluzej bedziecie drzec te zarosneite mordy, to wypieprze was na zbity pysk, i nigdy wiecej wasze brudne dupska nie usiada na tych krzeslach". Ot, taki folklor. Zreszta, porzadek musi byc.

Oprocz drastycznych opisow Ola, warto wspomniec ze podrozowalismy w wanie naszego sasiada z Niemiec, ktory byl bardzo pomocnym kompanem. Jak to spiewal Kazik: nie dla mnie przyjazn polsko-niemiecka...nam nawet wyszlo ;)

W Adelaidzie probujemy po raz kolejny znalezc jakas prace, ale powoli dochodizmy do wniosku, ze moze to byc trudniejsze niz bardzo trudne. Pogo chce zrobic ze mnie prawdziwego farmera, ktory bedzie opiekowal sie 6000 bykow na farmie w srodku pustyni pod Alice Springs. Kto wie, byc moze to moja przyszlosc... Poki co, nie mam pojecia co moglbym robic z taka iloscia nowych przyjaciol, z moja pamiecia chyba musialbym kupic spory notes, zeby zapisac imiona wszystkich bykow... zeby na samym wstepie sie na mnie nie obrazily...
jest tez jeszcze kilka innych opcji, jak np. liczenie Wombatow lub kangurow, wszystko wyjasni sie jutro.

a ze male szanse iz Olo ogarnie byki to chyba zostaje nam wolontariat :)

piątek, 20 lutego 2009

Subi

Okazalo sie, ze w australijskich winiarniach w Margaret River nie szukaja ludzi do picia wina, ale do zbierania owocow, wiec jak dla nas to kiepskie rozwiazanie :) Zreszta i tak jest koncowka sezonu i nawet winogron juz nie widac na krzaczkach...
Poza tym wszystko zmienia sie jak w kalejdoskopie. Tydzien temu kupilismy subiego, czyli skrzyzowanie auta z domem (choc z camperem to nie mialo nic wspolnego...). Spisywal sie (czasami) dzielnie, zdarzalo sie, ze byl mocno humorzasty, wiec nawet Pogo nauczyla sie gmerac pod maska jak rasowy mechanik. Ale mimo wszystko, bardzo polubilismy sie z Subim. Niestety, wczoraj rozstalismy sie na dobre. Grunt, ze oddalismy go w dobre rece.
Przyszlismy dzisiaj do kafejki z zamiarem kupienia biletow lotniczych do Melbourne, a wychodzimy umowieni z niemiecka para, z ktora wyjezdzamy jutro rano campervanem do Adelaidy. No coz, w koncu Adelaide jest po drodze do Melbourne... Zreszta byc w Australii i nie przejechac jej ladem wszerz w camperze to troche siaaaaaraaaaaa.
Opuszczamy wiec zachodnie wybrzeze z parzacym w stopy piaskiem i szukamy szczescia w bardziej skorumpowanej czesci Australii gdzie "podobno" mozna pracowac bez wizy pt. working holiday, ktora wszyscy chyba tu posiadaja oprocz nas.
Olo frywolnie zostawil baterie do aparatu na campingu, ale jak tylko ja odzyskamy, bezzwlocznie pokarzemy swiatu Subaru rocznik 1986, ktore nalezalo do nas przez cale 5 dni. Przynajmniej zostal nam jeszcze sprzet do snorklingu (wlaczony w cene auta) wiec mozemy sie jeszcze pozegnac z zachodnioaustralijskimi rybami.
Pozdrawiamy wszystkich czytelnikow bloga.
Trzymajcie kciuki za powodzenie operacji: australijska kobra.

czwartek, 12 lutego 2009

australian open

Zderzylismy sie z zachodem z sila porownywalna do roztrzaskanego kokosa wyrzuconego z okna 30 pietrowego budynku. Ceny sa juz duzo wyzsze, guesthouse zamienilismy na namiot za 40 zl kupiony w malezyjskim Carrefourze, a odleglosc Warszawa-Radom to tylko krotki odcinek jaki niektorzy pokonuja do centrum handlowego. Poznajemy duzo backpackersow, ktorzy miesiacami podrozuja po swiecie, a Australie rowniez wybrali jako punkt do zaladowania portfeli kasa przed dalsza podroza.

W Perth jest jeszcze sezon na winogrona wiec szukamy winnicy....




I kilka fot z Thaipusam:








niedziela, 8 lutego 2009

thaipusam

Dotarlismy wczoraj do serca Malezji tetniacego kolorami teczy i zapachami kadzidel. Pomieszkujemy u muzulmanskiej rodziny, czasem na kanapie, czasem w namiocie. Wszystko zalezy od tego ile osob z rodziny aktualnie odwiedza posiadlosc i ilu couchsurfurow przyjechalo do Kuala Lumpur. Atmosfera bardzo rodzinna jak zwykle podczas rajdu po kanapach i duzo ciekawych historii przekazywanych w formie ustnej :)

Dzis udalo nam sie wziasc udzial w wielkim hinduskim swiecie - Thaipusam. Nie rozumiemy zbyt doglebnie idei tego przedsiewziecia, ale jak to ze swietami u Hindusow bywa chodzi mniej wiecej o oczyszczenie, dojscie do boga przez nieustajace pasmo cierpien i zlozenie paru ofiar. Bylo bardzo kolorowo, wszedzie palily sie kadzidla, mlodzi muzycy grali na bebnach a my powolutku posuwalismy sie do przodu w ok 2 kilometrowej procesji do swiatyni znajdujacej sie w jaskini na skalach. Niby taka normalna pielgrzymka, gdyby nie odurzeni mezczyzni w narkotycznym transie posuwajacy sie przez srodek procesji z hakami wbitymi w plecy. Do hakow przytwierdzone byly miedziane lancuchy pociagane przez starszyzne. Gdzieniegdzie tanczyly dzieci z miniaturowymi makietami swiatyn na glowie i innymi konstrukcjami przytwierdzonymi do ciala.

wtorek, 3 lutego 2009

on ja kocha, ona kocha innego...

Bylismy przez kilka dni w Sihanoukville, na zachodnim wybrzezu Kambodzy, jakies 5 godzin autobusem z Phnom Penh, z lecacym w kolko dvd z kambodzanskim karaoke. Wszystkie kawalki takie same: on kocha ja, ona kocha innego, egzystencjalny bol i zlamane serce. Oczywisice, karaoke leci w nic nie mowiacym nam alfabecie khmerskim, ale ponucic zawsze mozna...

Sihanoukville troche przypomina nam Polski Baltyk, z wyjatkiem liczby knajp na plazy, gdzie codziennie wieczorem zagluszaja sie nawzajem roznymi zachodnimi przebojami. Czyli jak mawiaja Azjaci - same same, but different.
Po plazy przechadzaja sie dziewczyny - kosmetyczki, ktore oferuja manicure i depilacje. I znowu, niby kosmetyczka, niby wszystko tak samo jak u nas, ale zupelnie inaczej. Bo dziewczyny depiluja nogi zwykla nitka, co na pierwszy rzut wyglada dosyc smiesznie... Bo laseczka obkreca sobie wokol palcow kawalek nitki i wyciaga nia wloski z nogi, i to nie byle jak, bo wystajacego na milimetr wloska wydziera z cala cebulka! Tego by nawet Adam Slodowy nie wymyslil...Juz wiemy, na czym Pogo bedzie oszczedzac...

A i po kilku dniach na Pogo nogach nadal nie pojawia sie nic...

Od wczoraj jestesmy w Phnom Pehn, gdzie spimy u Davida, ktory prowadzi pub Revolution. Po raz pierwszy legalnie mozemy przybic gwozdzia, nie martwiac sie, ze barman nas wyrzuci. Spimy na knajpianej czerwonej sofie, majac nad sobac caly bar z alkoholami z wszystkich stron swiata. Wczoraj nawet buszujac wzrokiem po polce, dostrzeglismy mala buteleczke polskiego Krupniku. Okazalo sie, ze David dostal go od polskich couchsurfurow, ktorych goscil jakis czas temu. No i nie musze dodawac, ze to byl najlepszy moment, zeby go wypic... :)

A wczesniej, w Siam Reap poddalismy sie degustacji robaczkow. Zjadalne.