piątek, 30 stycznia 2009

angkor wat z daleka i bliska

Tak wyglada Angkor Wat z zewnatrz o 6 rano (i we wszystkich folderach turystycznych):


A tak wewnatrz:





dziekujemy.
polecamy.
zwlaszcza kupic bilet wstepu na 7 dni i kapac sie w morzu japonczykow...

środa, 28 stycznia 2009

niedziela, 25 stycznia 2009

Laos Unplugged

Przebudzamy sie powoli z letargu, ale po ostatnim tygodniu wyruszenie w droge bylo bardzo bolesne. Po uposledzonym doswiadczeniu w Vang Vieng zwanym tubingiem (czyt. splyw po rzece na oponach z nawalonymi anglikami, ktorzy co 2 metry zatrzymuja sie w knajpach na poboczu gdzie doholowywani sa za pomoca plastikowej butelki) pojechalismy do Vientiane czyli najbardziej sennej i wyluzowanej stolicy swiata. W rzeczywistosci to bardzo prowincjonalne miasteczko, garsc turystow leniwie szurajacych nogami po asfalcie i wlasciwie tyle. Pech chcial, ze akurat gdy chcielismy kupic bilety do Don Khong, biuro okazalo sie byc juz zamkniete. Jedno z niewielu czynnych znajdowalo sie po drugiej stronie ulicy. Kupilismy wiec bilety, na nastepny dzien, nawet nie wiedzac za bardzo dokad. Dopiero siedzac w autobusie sprawdzilismy na mapie, gdzie wlasciwie jedziemy...

W ten oto sposob, ostatni tydzien spedzilismy na Dondet, jednej z czterech tysiecy wysp na poludniu Laosu. Nie da sie wszystkiego opisac slowami, ale znalezlismy tam swoj tymczasowy dom. Za bambusowa chatke placilismy tyle, co za miske zupy, bawilismy sie na prawdziwym laotanskim weselu polaczonym z chrzcinami, gdzie strumieniami lalo sie Lao Lao, czyli miejscowa wodka ryzowa, nauczylismy sie tanczyc po laotansku (cos na wzor gry w lapki, tyle ze zazwyczaj solo, ewentualnie majac partnerow w koleczku przed soba, jednak wszystko obywa sie bez kontaktu cielesnego... :) )i osiagnelismy stan pelnego relaksu. Prad dzialal na agregat tylko przez kilka godzin wieczorem, ale i tak przyjemniejszy od przyciagajacych zarowek robali byl zawsze gril nad ogniskiem.

Dotarlismy dzis do Kambodzy i mamy przymusowy postoj w Kratie, poniewaz, nie bylo miejsca w busie dla wszystkich ludzi ktorzy kupili wczesniej bilety, dlatego czesc musi poczekac na jutrzejszy autobus...no i zobaczymy co dalej przyniesie los:)

Pozdrawiamy ciotke Luske, ktorej kanadyjskie dolary uratowaly nas przed smiercia glodowa. Na wyspach nie ma banku, a my jak typowi bezmozgowi turysci, nie wybralismy wczesniej pieniedzy ;)

ps
zdjec nie ma, bo net muli niemilosiernie...zreszta, jakie tempo zycia w kraju, taka predkosc neta... :P

niedziela, 11 stycznia 2009

Senny Laos

Po dwoch dniach na powolnej lodzi razem ze 150 osobowa zaloga dotarlismy do powolnego Laosu, z malym tylko przystankiem na nocleg w Pakbengu. Wszystko byloby jak w kazdej innej miejscowosci, gdyby nie to, ze punkt 22 nagle wyciszyl sie ciagly huk, wszystkie agregaty sie wylaczyly i w calym miescie nie bylo ani grama pradu... i tak do 6, gdy znowu ruszyly huczace maszyny i zaczely generowac prad dla miiescowych domkow.

Przez 4 dni wilismy sie po letargicznym Luangprabang razem z poznanymi na lodzi ludzmi z roznych okolic wielkiego swiata. Dzis dotarlismy do Van Vieng i im dalej jedziemy tym jest ladniej chociaz wydaje sie, ze lepiej juz byc nie moze. Swieci nad nami ksiezyc pomaranczowy jak dynia, ogromne skaly, pod nami wije sie rzeka...
W malych wioskach ludzie mieszkaja w prymitywnych szalasach, jedzenie gotuja w wielkich garach nad ogniskiem przed chatka. Mlodziez z miejscowego koledzu kapie sie w rzece, ktora dzisiaj bylismy zmuszeni (jako jedyni, lub nieliczni biali) przekroczyc wplaw, gdy nie usmiechalo nam sie placic za przejscie przez most.
Jest tak leniwie, ze nie mamy nawetsily na pisanie bloga.
Idziemy wiec powloczyc sie po uliczkach Van Vieng i moze w stolicy wstapi w nas jakas dawka energii..chociaz jak narazie podoba nam sie stan letargu :)








poniedziałek, 5 stycznia 2009

auta, riksze, coca cola, krzesla i takie tam...






















Relax, take it easy...

Chcac uciec od duzego miasta i dzikich sylwestrowych tlumow w Chiang Mai, postanowilismy pojechac do Pai, malej miejscowosci w gorach, ok 130 km na zachod. Po blisko 3 godzinach jazdy ostrymi serpentynami wysiedlismy w centrum Pai, ktore sklada sie moze z z 3 glownych i 10 bocznych uliczek. Niestety, nie przewidzielismy ze Pai, to miejsce pokroju naszego Zakopanego, wszyscy wiedza ze beda tutaj tlumy, ale i tak mnostwo ludzi przyjezdza. Efekt byl taki, ze cudem znalezlismy nocleg w pierwsza noc, a to i tak byl dopiero poczatek tlumow.

Od godziny 18 do 22 Pai bylo nieprzejezdne, wlasciwie nawet ciezko bylo poruszac sie pieszo. Jak sie dowiedzielismy, taki stan rzeczy mial trwac do 5 stycznia, wiec stwierdzilismy, ze musimy uciec za miasto. Na szczescie, szukajac naszego nowego noclegu, Pogo zaznajomila sie z tajskim dziadziem, ktory mial do dyspozycji ponad 20 bambusowych chatek, ku naszemu zdziwieniu - z cieplym przysznicem i nowiutkim kibelkiem i gorami na wyciagniecie reki. Olrajt! Az zal nam bylo nie zatrzymac sie tam na dluzej...
Bylismy chyba najdluzej mieszkajacymi u dziadzia goscmi. Jak tylko mu zaplacilismy, po 5 minutach juz wracal na motorku z miasta wiozac w siatce na kierownicy duza butelke Changa, czyli miejscowego piwa...

Poznalismy rowniez Kryspina, bardzo sympatycznego Czecha, ktory jest jednym z niewielu farangow, ktory pracuje w Tajlandii za barem w jednejj z knajpek niedaleko naszych chatek, zreszta jak sam mowil, jest wielkim szczesciarzem, ze udalo mu sie znalezc tutaj prace. Spedzalismy u niego wieczory i pomoglismy w urzadzeniu chilloutowego sylwestra bez bajerow. Czyli zadnego odliczania, fireshow, muzyki na zywo, tancow etc. Tylko muzyka i duzo balonow. Olo zostal mistrzem ceremonii robiac z kolorowej gumy pieski i inne zwierzatka ku uciesze malej tajskiej dzierlatki, ktora spacerowala z babcia obok knajpy.


W ostatni dzien pobytu udalo nam sie pozyczyc motorek i pozwiedzac okoliczne wioski. Malownicze tereny ciagnely sie kilometrami, odpoczywalismy lezac na hamakach w reggae knajpce z widokiem na gory a gdy zapadl zmierzch pod oslona nocy uczylam sie jazdy na skuterze:P
Dzis zauwazylam na nogach duza ilosc siniakow...nie wiem skad sie wziely...morze od plecaka?;)
Po 2 dniach podrozy z wiatrem we wlosach na pakach pikapow roznych marek dostalismy sie do Chiang Rai. Pierwszy stop byl chyba najbardziej zabawowy gdyz jechalismy na pace z dziadkiem Tajskiej pary. Przez dwie godziny gralismy z nim w szarady poniewaz mial nam do przekazania duza ilosc ciekawostek. Na koniec podrozy dowiedzielismy sie ze UWAGA jestesmy bardzo przystojni i towarzyszka podrozy Taja chce koniecznie zrobic sobie z nami zdjecie :)
Do konca dnia Olo mial na ustach banana....... Proznosc czy zwykla ludzka radosc?
Poki co, mamy tani nocleg i jutro zbadamy teren.