Przebudzamy sie powoli z letargu, ale po ostatnim tygodniu wyruszenie w droge bylo bardzo bolesne. Po uposledzonym doswiadczeniu w Vang Vieng zwanym tubingiem (czyt. splyw po rzece na oponach z nawalonymi anglikami, ktorzy co 2 metry zatrzymuja sie w knajpach na poboczu gdzie doholowywani sa za pomoca plastikowej butelki) pojechalismy do Vientiane czyli najbardziej sennej i wyluzowanej stolicy swiata. W rzeczywistosci to bardzo prowincjonalne miasteczko, garsc turystow leniwie szurajacych nogami po asfalcie i wlasciwie tyle. Pech chcial, ze akurat gdy chcielismy kupic bilety do Don Khong, biuro okazalo sie byc juz zamkniete. Jedno z niewielu czynnych znajdowalo sie po drugiej stronie ulicy. Kupilismy wiec bilety, na nastepny dzien, nawet nie wiedzac za bardzo dokad. Dopiero siedzac w autobusie sprawdzilismy na mapie, gdzie wlasciwie jedziemy...
W ten oto sposob, ostatni tydzien spedzilismy na Dondet, jednej z czterech tysiecy wysp na poludniu Laosu. Nie da sie wszystkiego opisac slowami, ale znalezlismy tam swoj tymczasowy dom. Za bambusowa chatke placilismy tyle, co za miske zupy, bawilismy sie na prawdziwym laotanskim weselu polaczonym z chrzcinami, gdzie strumieniami lalo sie Lao Lao, czyli miejscowa wodka ryzowa, nauczylismy sie tanczyc po laotansku (cos na wzor gry w lapki, tyle ze zazwyczaj solo, ewentualnie majac partnerow w koleczku przed soba, jednak wszystko obywa sie bez kontaktu cielesnego... :) )i osiagnelismy stan pelnego relaksu. Prad dzialal na agregat tylko przez kilka godzin wieczorem, ale i tak przyjemniejszy od przyciagajacych zarowek robali byl zawsze gril nad ogniskiem.
Dotarlismy dzis do Kambodzy i mamy przymusowy postoj w Kratie, poniewaz, nie bylo miejsca w busie dla wszystkich ludzi ktorzy kupili wczesniej bilety, dlatego czesc musi poczekac na jutrzejszy autobus...no i zobaczymy co dalej przyniesie los:)
Pozdrawiamy ciotke Luske, ktorej kanadyjskie dolary uratowaly nas przed smiercia glodowa. Na wyspach nie ma banku, a my jak typowi bezmozgowi turysci, nie wybralismy wczesniej pieniedzy ;)
ps
zdjec nie ma, bo net muli niemilosiernie...zreszta, jakie tempo zycia w kraju, taka predkosc neta... :P