Chcac uciec od duzego miasta i dzikich sylwestrowych tlumow w Chiang Mai, postanowilismy pojechac do Pai, malej miejscowosci w gorach, ok 130 km na zachod. Po blisko 3 godzinach jazdy ostrymi serpentynami wysiedlismy w centrum Pai, ktore sklada sie moze z z 3 glownych i 10 bocznych uliczek. Niestety, nie przewidzielismy ze Pai, to miejsce pokroju naszego Zakopanego, wszyscy wiedza ze beda tutaj tlumy, ale i tak mnostwo ludzi przyjezdza. Efekt byl taki, ze cudem znalezlismy nocleg w pierwsza noc, a to i tak byl dopiero poczatek tlumow.
Od godziny 18 do 22 Pai bylo nieprzejezdne, wlasciwie nawet ciezko bylo poruszac sie pieszo. Jak sie dowiedzielismy, taki stan rzeczy mial trwac do 5 stycznia, wiec stwierdzilismy, ze musimy uciec za miasto. Na szczescie, szukajac naszego nowego noclegu, Pogo zaznajomila sie z tajskim dziadziem, ktory mial do dyspozycji ponad 20 bambusowych chatek, ku naszemu zdziwieniu - z cieplym przysznicem i nowiutkim kibelkiem i gorami na wyciagniecie reki. Olrajt! Az zal nam bylo nie zatrzymac sie tam na dluzej...
Bylismy chyba najdluzej mieszkajacymi u dziadzia goscmi. Jak tylko mu zaplacilismy, po 5 minutach juz wracal na motorku z miasta wiozac w siatce na kierownicy duza butelke Changa, czyli miejscowego piwa...
Poznalismy rowniez Kryspina, bardzo sympatycznego Czecha, ktory jest jednym z niewielu farangow, ktory pracuje w Tajlandii za barem w jednejj z knajpek niedaleko naszych chatek, zreszta jak sam mowil, jest wielkim szczesciarzem, ze udalo mu sie znalezc tutaj prace. Spedzalismy u niego wieczory i pomoglismy w urzadzeniu chilloutowego sylwestra bez bajerow. Czyli zadnego odliczania, fireshow, muzyki na zywo, tancow etc. Tylko muzyka i duzo balonow. Olo zostal mistrzem ceremonii robiac z kolorowej gumy pieski i inne zwierzatka ku uciesze malej tajskiej dzierlatki, ktora spacerowala z babcia obok knajpy.
Od godziny 18 do 22 Pai bylo nieprzejezdne, wlasciwie nawet ciezko bylo poruszac sie pieszo. Jak sie dowiedzielismy, taki stan rzeczy mial trwac do 5 stycznia, wiec stwierdzilismy, ze musimy uciec za miasto. Na szczescie, szukajac naszego nowego noclegu, Pogo zaznajomila sie z tajskim dziadziem, ktory mial do dyspozycji ponad 20 bambusowych chatek, ku naszemu zdziwieniu - z cieplym przysznicem i nowiutkim kibelkiem i gorami na wyciagniecie reki. Olrajt! Az zal nam bylo nie zatrzymac sie tam na dluzej...
Bylismy chyba najdluzej mieszkajacymi u dziadzia goscmi. Jak tylko mu zaplacilismy, po 5 minutach juz wracal na motorku z miasta wiozac w siatce na kierownicy duza butelke Changa, czyli miejscowego piwa...
Poznalismy rowniez Kryspina, bardzo sympatycznego Czecha, ktory jest jednym z niewielu farangow, ktory pracuje w Tajlandii za barem w jednejj z knajpek niedaleko naszych chatek, zreszta jak sam mowil, jest wielkim szczesciarzem, ze udalo mu sie znalezc tutaj prace. Spedzalismy u niego wieczory i pomoglismy w urzadzeniu chilloutowego sylwestra bez bajerow. Czyli zadnego odliczania, fireshow, muzyki na zywo, tancow etc. Tylko muzyka i duzo balonow. Olo zostal mistrzem ceremonii robiac z kolorowej gumy pieski i inne zwierzatka ku uciesze malej tajskiej dzierlatki, ktora spacerowala z babcia obok knajpy.
W ostatni dzien pobytu udalo nam sie pozyczyc motorek i pozwiedzac okoliczne wioski. Malownicze tereny ciagnely sie kilometrami, odpoczywalismy lezac na hamakach w reggae knajpce z widokiem na gory a gdy zapadl zmierzch pod oslona nocy uczylam sie jazdy na skuterze:P
Dzis zauwazylam na nogach duza ilosc siniakow...nie wiem skad sie wziely...morze od plecaka?;)
Po 2 dniach podrozy z wiatrem we wlosach na pakach pikapow roznych marek dostalismy sie do Chiang Rai. Pierwszy stop byl chyba najbardziej zabawowy gdyz jechalismy na pace z dziadkiem Tajskiej pary. Przez dwie godziny gralismy z nim w szarady poniewaz mial nam do przekazania duza ilosc ciekawostek. Na koniec podrozy dowiedzielismy sie ze UWAGA jestesmy bardzo przystojni i towarzyszka podrozy Taja chce koniecznie zrobic sobie z nami zdjecie :)
Do konca dnia Olo mial na ustach banana....... Proznosc czy zwykla ludzka radosc?
Poki co, mamy tani nocleg i jutro zbadamy teren.
Dzis zauwazylam na nogach duza ilosc siniakow...nie wiem skad sie wziely...morze od plecaka?;)
Po 2 dniach podrozy z wiatrem we wlosach na pakach pikapow roznych marek dostalismy sie do Chiang Rai. Pierwszy stop byl chyba najbardziej zabawowy gdyz jechalismy na pace z dziadkiem Tajskiej pary. Przez dwie godziny gralismy z nim w szarady poniewaz mial nam do przekazania duza ilosc ciekawostek. Na koniec podrozy dowiedzielismy sie ze UWAGA jestesmy bardzo przystojni i towarzyszka podrozy Taja chce koniecznie zrobic sobie z nami zdjecie :)
Do konca dnia Olo mial na ustach banana....... Proznosc czy zwykla ludzka radosc?
Poki co, mamy tani nocleg i jutro zbadamy teren.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz