Z Bangkoku wyruszylismy do Chiang Mai gdzie goscimy juz 4 dzien (poprzedni wpis byl z malym poslizgiem...). Znowu udalo nam sie skorzystac z couchsurfingu, dzieki czemu trafilismy we czworke do niesamowicie pozytywnej pary Amerykanow - Lauren i Derecka, ktorzy oprocz nas goszcza jeszcze mase innych ludzi. Dzis odjezdza dwoje Wegrow i filigranowa U-Tong z Tajwanu, wieczorem wraca para z Alaski, ktora dzis probuje swoich sil na splywie kajakowym, a od wczoraj jest z nami sympatyczna osteopatka z Francji Florence. Pozatym, co jakis czas ktos przychodzi na kawe i plotki, po czym rusza dalej w trase. Wszyscy planuja dalsza podroz lub opowiadaja o dotychczasowych przygodach, na scianach wisza mapy miasta, a mieszanka kulturowa zdecydowanie ozywia ten i tak juz duzy i ciekawy dom. Lauren i Dereck , ktorych lokum pelni aktualnie funkcje darmowego hotelu przyjechali tu dosyc niedawno i ucza angielskiego w pobliskiej szkole. Porzucili marzenia o amerykanskim snie i sa bardzo szczesliwi wiodac zywot czlowieka poczciwego na przedmiesciach Chiang Mai, ktore jest naprawde uroczym miejscem. Jak na drugie co do wielkosci miasto w kraju, jest naprawde spokojnie. Taka troche wieksza oaza dla podrozujacych. Po odwiedzeniu wielu swiatyn i pozlacanych pomnikow Buddy o roznych ksztaltach i kolorach, oraz bardzo udanym wieczorze z muzyka jazzowa na zywo, ruszylismy na dwudniowy trekking w gory, ktory skonczyl sie troche wczensiej z powodu pierwszego deszczu (pierwszego zreszta odkad tu jestesmy).
Udalo nam sie jednak przejechac na motorkach przez kilometry zielonych lasow przypominajacych dzungle i przenocowac w namiotach na biwaku pod szczytem Doi Suthep. Na plantacji kawy w jednej z wiosek, wypilismy kubek energetycznego napoju i zwiedzilismy inne okoliczne osady otoczone szczytami gorskimi, gdzie czujemy sie jakby zycie cofnelo sie o sto lat. Dzieci ciesza sie naszym skromnym towarzystwem i bacznie nas obserwuja, a pod chatami przesiaduje bezzebna starszyzna plemienia rozkoszujaca sie opium. Na koniec niesamowity zachod slonca w kolorach rozu i pomaranczy i nocleg na biwaku z panorama na miasto. Szkoda ze nie moglismy zostac troche dluzej...
Poniewaz matka natura pokrzyzowala nam plany, nastepny wieczor spedzilismyw naszym nowym domu, gdzie czujemy sie bardzo swobodnie i odpoczywamy przy lodach czekoladowych ogladajac dla rozluznienia komedie zakupiona w 32 paku na granicy z Birma z wszystkimi stalymi i nabytymi domownikami. Dzis znowu wyszlo slonce wiec pewnie wybieramy sie w gory na dwa dni, a pojutrze dalej na polnoc...
Zdjec nie ma, bo rozemocjonowane baterie odmowily dzialania. Tez im sie nalezy maly chillout w gorach. :)
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz