sobota, 13 grudnia 2008

Lost in translation..

Nadal opalamy sie sloncem Krabi. Nocleg mozna zalatwic juz za ok 4 PLN, wiec wszystkim lzej na sercu. Zrezygnowalismy z oferowanych wycieczek dookola identycznych wysepek dla anglojezycznych turystow zamieniajac taki luksus na caly dzien w starym, wypozyczonym pickupie :) (wlasciwie to Papamobile) Dzieki temu zwiedzilismy 3 razy tyle co na zorganizowanym wyjezdzie, zaplacilismy 3 razy mniej a frajda 100 razy wieksza. Szczegolnie dla Tomka, ktoremu pozwolilismy w koncu na wjazd pickupem w dzungle. Faceci i testosteron…. Po drodze wygrzewalismy sie w goracych zrodlach, pokonalismy 1200 schodow ktore dzielily nas od swiatyni buddyjskiej polozonej na szczycie gory. Cos jak swiety szczyt !! :) Skorzystalismy jeszcze z chlodzacej kapieli w wodospadzie po zamknieciu parku narodowego, a noc spedzilismy czesciowo w pickupie, a czesciowo na niebianskiej plazy Ao Nang, na ktorej brakowalo tylko Leonarda Di Caprio. Ale oprocz Leo bylo mnostwo miejscowych mlokosow, ktorzy co kilka metrow imprezowali przy ognisku. Najlepsza rozrywka tutejszych chlopakow, to skrzykniecie sie z kumplami (zazwyczaj w czterech) i wrzucenie innego ziomka do wody. Frajdy jest co nie miara. I tak co chwile... :)

Wieczorami wszedzie mozna dojrzec odpoczywajace rodziny (lub znajomych, kto to wie?) przed domami, na kocykach - pija, smieja sie, dzieciaki lataja wokol i totalna sielanka. Nikt tu nie chodzi napstrykany, nikt nawet nie mysli zeby na kogos spojrzec spod oka... wiec totalny luz.

Im bardziej w glab kraju tym czestsze zabawy jezykowe. W poszukiwaniu parkingu pod jaskinia tygrysa, o pomoc poprosilismy buddystke i jedyna lingwistke w rejonie. Po krotkim pytaniu: Where can we park our car zostalismy pokierowani do warsztatu samochodowego ;) Jezyk nie stanowil jednak bariery wieczororem, dzien wczesniej kiedy to w knajpie Jam, tort i darmowe drinki z okazji urodzin ladyboya Saryh i barmanki w jednym, rozwiazaly wszystkim jezyki. Miedzynarodowi bywalcy spiewali ulubione utwory w ojczystym jezyku, a ze nie chcielismy byc niegrzeczni rowniez wykonalismy jeden utwor po Polsku. Co prawda gitarzyscie zaczely krwawic palce ale nobodies perfect. Skonczylismy acapella a krew na scenie tylko dodala smaczku calemu show ;)

Jutro wybieramy sie na wyspe Ko Thao nocnym promem gdzie jesli wszystko pojdzie zgodnie z planem zanurkujemy i bedziemy podziwiac rafy koralowe. Co potem? Jak zwykle niewiadomo…










na planie reklamy bounty :)





5 komentarzy:

michalik pisze...

to się dzieci opalicie piknie :D
cycu jak tam przygody kulinarne ? :)

Anonimowy pisze...

ale tam macie ładnie... :(
agu

Anonimowy pisze...

Czy piosenka wykonana w j. polskim była słynnym utworem ze szlaku papieskiego? ;) pozdr i uważajcie na przeciągi!

Anonimowy pisze...

bosko :) zazdrosne pozdrowienia z zimnej Polski.

Unknown pisze...

a u nas Śnieg pada a u Was nieeee :P